– W jaki sposob to robia?
– No, na przyklad opasuja niemowletom lydki od kostek az do kolan sznurem, a zdejmuja go dopiero wtedy, gdy dziecko zaczyna chodzic. W ten sposob hamuja rozwoj tych miesni, ktore, wedlug rozpowszechnionego wsrod Masajow mniemania, przeszkadzaja czlowiekowi w szybkim biegu i skoku. Chlopcom zakuwaja ramiona w metalowe obrecze, by naciskac miesnie najwiecej pracujace przy strzelaniu z luku. Dzieki skrepowaniu miesnie te nabieraja wiekszej sprawnosci, podobnie jak kon wyscigowy biegnie lepiej, gdy ma na nogach opaski sciagajace mu mocno peciny. Te dziwne na pozor zabiegi sprawiaja, ze Masajowie osiagaja wspaniale rezultaty w chodzie, biegu, wspinaniu sie, skokach, a takze w strzelaniu z luku, rzutach kamieniem lub oszczepem.
– Wobec tego musimy sie postarac o Masajow – stwierdzil Tomek.
– Zgoda, niech beda Masajowie, jezeli pan Hunter tak radzi – dodal Smuga. – Gdzie ich znajdziemy?
– O dwa dni konnej jazdy od Nairobi przebywa plemie, z ktorego uslug juz korzystalem. Oboz ich powinien teraz znajdowac sie tutaj – mowiac to Hunter pochylil sie nad mapa.
Nasi lowcy w skupieniu przysuneli sie do niego i dlugo studiowali trase wyprawy. W koncu Wilmowski postanowil:
– Wsiadziemy do pociagu w Mombasie i udamy sie do Nairobi. Tam postaramy sie zwerbowac kilku Masajow, po czym pojedziemy koleja az do Kisumu. Stamtad wyruszymy do Kampali, skad bez wiekszych trudnosci powinnismy sie juz dostac do Bugandy. Na zachodnim pograniczu, nad rzeka Semliki i w lasach Ituri, bedziemy polowali na goryle, okapi i lamparty. Na inne zwierzeta, jezeli zajdzie koniecznosc, urzadzimy wyprawe w okolice Kilimandzaro.
– Kiedy wyruszamy? – krotko zapytal Hunter.
– Musimy uzupelnic sprzet obozowy. Niewatpliwie zajmie nam to troche czasu – zauwazyl Wilmowski. – Zapewniono nas, ze tutaj mozna nabyc taniej niz w Europie ekwipunek konieczny na wyprawe.
– Tak tez jest rzeczywiscie – potwierdzil Hunter. – Ponadto w ten sposob unika sie przewozenia statkiem zbyt wielu bagazy. Dopiero za trzy dni odjedzie stad pociag do Nairobi, nie ma wiec pospiechu.
– Czy pociagi odchodza tak rzadko? – zdziwil sie Tomek.
– Linia Mombasa-Kisumu obslugiwana jest dwa razy w tygodniu. Poniewaz pociag odjechal wczoraj rano, nastepny wyruszy dopiero za trzy dni.
– Mimo to nie tracmy czasu i przygotujmy sie do drogi jak najszybciej – doradzil Smuga.
– Slusznie, najlepiej uczynimy zaopatrujac sie od razu we wszystko, czego potrzebujemy na wyprawe – poparl go Wilmowski. – Pan Hunter zapewne bedzie mogl zaprowadzic nas do sklepu, w ktorym uzupelnimy ekwipunek.
– Bardzo chetnie – zgodzil sie Hunter. – Jezeli macie, panowie, ochote, to chodzmy natychmiast.
Wkrotce lowcy w towarzystwie tropiciela znalezli sie w dzielnicy europejskiej. Biale wille wprost ginely wsrod drzew i kwitnacych krzewow. Tu i owdzie widnialy wielowieczne, olbrzymie baobaby, sprawiajace wrazenie sloni swiata roslinnego. Tysiace palm kokosowych wysoko, u szczytu smuklych pni powiewalo zielonymi wachlarzami lisci. Podroznicy wsiedli do ryksz, wygodnych, dwukolowych powozikow ciagnietych przez bialo ubranych kulisow. Pomkneli w kierunku centrum miasta lezacego wokol starego portu.
Niebawem ryksze znalazly sie w dzielnicy indyjskiej. Niezbyt wysokie, jasne domy wysuwaly sie oslonietymi balkonami i przybudowkami ponad ulice. W podcieniach przed sklepami siedzieli w kucki powazni handlarze indyjscy, arabscy lub goanscy. Nie zapraszali przechodniow do ogladania swych towarow, jak to sie dzieje w innych miastach wschodnich, lecz na widok wchodzacego do sklepu klienta natychmiast podnosili sie ze spokojem i wielka powaga. Na waskich, kretych uliczkach ryksze posuwaly sie bardzo wolno. Tomek z uwaga przygladal sie wystawom sklepowym. Nie brak tu bylo wyrobow ze zlota, kosci sloniowej, pior strusich, drogich kamieni, jak i oryginalnych indyjskich tkanin stanowiacych glowny przedmiot handlu. W dzielnicy indyjskiej szczegolna uwage zwracaly kobiety o rysach twarzy niezwykle regularnych, o pieknych powaznych oczach, ubrane w roznokolorowe suknie i waskie spodnie zakonczone u dolu szeroka falbanka. Ich szyje, rece, nogi, uszy i nawet nosy zdobily bogato rzezbione srebrne lub zlote obrecze, niekiedy wielkiej wartosci artystycznej.
Dzielnica murzynska przedstawiala odmienny widok. Przewazaly tu niskie lepianki o malych okienkach, niekiedy o scianach z chrustu, nie pobielane, z dachami pokrytymi liscmi palmowymi. Garbate zebu pasace sie na jednym z placow przypomnialy Tomkowi wyspe Cejlon, na ktorej byl w ubieglym roku, lecz teraz nie mial czasu na wspomnienia, gdyz ryksze wtoczyly sie w arabska dzielnice miasta. Tutaj barwny potok ludzi przedstawial mieszanine ras, narodowosci i jezykow. Widzialo sie Arabow. Indusow, Goanczykow, Europejczykow i prawdziwe mrowie Murzynow o odcieniach skory od jasnobrazowej do czarnej. Tomek z zapartym tchem spogladal na przechodniow, z ktorych wielu wygladem swym przypominalo, jakby zywcem wziete z obrazow, typy piratow i handlarzy niewolnikow. Napatrzywszy sie do syta, lowcy powrocili do dzielnicy indyjskiej. Hunter polecil kulisom zatrzymac sie przed duzym sklepem. Powitani uprzejmie przez wysokiego Indusa, wlasciciela sklepu, wkroczyli w chlodne mury domostwa.
W rozleglym skladzie pietrzyly sie sterty najrozmaitszych przedmiotow. Mozna tu bylo nabyc wszystko, poczawszy od igiel, a skonczywszy na doskonalej broni palnej.
Zakupy zajely lowcom kilka godzin. Dla siebie i towarzyszy Wilmowski wybral dwa duze zielone namioty brezentowe oraz cztery biale dla eskorty i tragarzy murzynskich. Potem przyszla kolej na piec waskich, lecz wygodnych lozek polowych, nad ktorymi rozwieszalo sie szczelnie zapinane moskitiery, czyli muslinowe zaslony, chroniace przed owadami. Kazdy namiot wyposazono w skladany stolik i umywalnie wykonana z plotna nieprzemakalnego. Wilmowski wybral rowniez kilka dokladnie zamykanych, blaszanych waliz. Mialy one chronic znajdujace sie w nich przedmioty przed mrowkami, bedacymi prawdziwa plaga dla podroznikow i mieszkancow kraju.
W glebi ladu krajowcy nie uzywali w owym czasie pieniedzy i nie znali ich wartosci, nalezalo wiec zaopatrzyc sie w towary zastepujace monete. Za rada Huntera nasi lowcy zakupili kilka bel bialego perkalu oraz materialu bawelnianego, kolorowe szklane korale, zwane przez krajowcow “same-same”, oraz pare zwojow mosieznego i miedzianego drutu. Jak Tomkowi wyjasnil ojciec, szklane korale zastepowaly Murzynom monete miedziana, materialy srebrna, a drut mosiezny zlota.
Nastepnie nabyto zapasowa odziez, koce, lekarstwa, zywnosc, sol, tyton oraz kilka karabinow dla eskorty. Wszystko to pakowano od razu w skrzynie i walizy. Tomek zapisywal, gdzie kazdy przedmiot zostal umieszczony, aby pozniej, w razie potrzeby, mozna go bylo latwo odnalezc. Tuz przed wieczorem paki zaladowano na duzy woz, po czym lowcy zmeczeni calodziennymi zakupami powrocili do domku Huntera.
W DRODZE DO NAIROBI
Tomek niecierpliwie krecil sie na lawce, wygladajac przez okno wagonu. Od chwili opuszczenia Mombasy pociag wciaz jechal wolno po coraz wyzej wznoszacym sie kraju. Po kilku godzinach zniknely uprawne okolice, obfitujace w palmy kokosowe i bananowce. Miejsce ich zastapily kaktusy, agawy, rozlozyste palmy i bialo kwitnace dzikie krzewy. Im pociag pial sie wyzej, tym ubozsza stawala sie roslinnosc. Przed nastaniem wieczoru po obydwu stronach toru kolejowego rozciagal sie juz tylko spalony sloncem step. Gdzieniegdzie sterczaly kolczaste drzewa; jedynie wzdluz lozysk wyschnietych rzek roslinnosc krzewila sie troche bujniej, tworzac w krajobrazie charakterystyczne wstegi zieleni.
Gdy noc zapadla nad stepem, Tomek wtulil sie w kat lawki. Wzrok jego zatrzymal sie na podluznym futerale polozonym na polce. Usmiech zadowolenia pojawil sie na twarzy chlopca. W futerale tym znajdowal sie przeciez jego wspanialy sztucer, ktory otrzymal w podarunku od ojca na wyprawe do Australii. Strzalem z niego Tomek zabil tygrysa bengalskiego, o czym Smuga wspomnial juz podczas pierwszej rozmowy z Hunterem. Od owego zdarzenia ojciec i jego przyjaciele zaczeli traktowac Tomka na rowni z doroslymi. Byl z tego szczegolnie dumny, gdyz nie lubil, gdy ktokolwiek przypominal mu jego mlody wiek. Dla dodania sobie powagi zaraz w Mombasie przypasal rewolwer systemu Colta, ofiarowany mu na pamiatke przez Smuge po zabiciu tygrysa, i nawet teraz, mimo ze przeszkadzal w wygodnym ulozeniu sie do snu, nie odkladal go na polke. Ukradkiem spojrzal na Smuge. On rowniez nie odpial pasa z rewolwerami, a poprzez kieszen spodni bosmana Nowickiego wyraznie rysowaly sie kontury broni. Tomek domyslal sie, dlaczego jego starsi przyjaciele zachowywali te ostroznosc. Przeciez Hunter opowiadal o Nandi napadajacych dosc czesto na pociagi – Jedynie ojciec powiesil swoj pas z rewolwerem na wieszaku i, jakby nic im nie grozilo, wypytywal tropiciela o zwyczaje Masajow.
Tomek w milczeniu porownywal ojca z dwoma przyjaciolmi. Od chwili poznania Smuga stal sie dla niego idealem bohatera. Nawet taki silacz i zawalidroga jak bosman Nowicki pelen byl podziwu dla odwagi i opanowania podroznika, ktory o swych najniezwyklejszych przygodach opowiadal z zupelna obojetnoscia. Stalowy, zimny blysk w oczach Smugi znikal jedynie podczas rozmowy z Tomkiem. Chlopiec wyczuwal, ze ma w nim szczerego przyjaciela.
Rubaszny, dobroduszny i bezposredni w obcowaniu bosman Nowicki traktowal Tomka jak najlepszego kolege. Nie zwracal uwagi na roznice wieku. Zaprzyjaznil sie z chlopcem, gdyz obydwaj nade wszystko kochali Warszawe; gdy tylko mieli ku temu sposobnosc, rozmawiali o rodzinnym miescie. Obydwaj jednakowo przepadali za przygodami, dlatego tez Smuga stal sie dla nich wzorem.
Tomek spojrzal na ojca. Ten wysoki, barczysty, o lagodnym wyrazie twarzy mezczyzna roznil sie usposobieniem od swych towarzyszy. Nie laknal przygod ani slawy, a we wszystkich ludzkich istotach widzial przyjaciol. Podczas wypraw lowieckich Smuga i bosman gotowi byli torowac sobie droge stanowczoscia lub sila. Wilmowski natomiast wolal nawiazywac z krajowcami przyjazne stosunki, do czego mial wyjatkowe szczescie. Spogladajac na ojca, Tomek mimo woli przysluchiwal sie jego rozmowie z Hunterem.
– Wsrod Murzynow zamieszkujacych Kenie mozna wyroznic dwie zasadnicze grupy o odrebnych zwyczajach i sposobie zycia – wyjasnial teraz Hunter. – Pierwsza stanowia liczne szczepy Bantu. Do nich naleza Kikuju i Wakamba, ktorzy jako rolnicy lub pasterze prowadza osiadly tryb zycia. Na ogol sa lagodni i troche bojazliwi, totez dosc latwo poddaja sie wplywom Europejczykow. Do drugiej grupy naleza ludy pochodzenia chamickiego. Glownymi jej reprezentantami sa Masajowie, Nandi i Luo o gleboko zakorzenionych tradycjach wojownikow. Jako koczownicy wedruja ze swymi stadami z pastwiska na pastwisko. Wojownicze usposobienie, odwaga oraz niechec do wszystkiego, co obce, uodporniaja ich na wplywy europejskie. Stanowia tez trudny orzech do zgryzienia dla angielskiej administracji.
– Czy sadzi pan, ze uda nam sie namowic Masajow do wziecia udzialu w wyprawie do Ugandy? – zapytal Wilmowski.
– W zasadzie nie lubia na dlugo opuszczac swych zon, a ma ich niemal kazdy Masaj kilka lub nawet wiecej. Wszakze w ostatnich latach mor wyniszczyl im stada, powinni wiec teraz nie gardzic dobrym zarobkiem. Przeciez zony ich wciaz potrzebuja nowych ozdob, ktorymi obwieszaja sie z prawdziwym zamilowaniem – odparl Hunter.
– No to przekupimy je sznurami same-same – ucieszyl sie Wilmowski.
– To najlepszy sposob – przytaknal Hunter.
Wilmowski przeciagal rozmowe z tropicielem nie zwazajac na pozna pore. Inni natomiast spali od dawna, a i Tomka zaczal juz morzyc sen. Przymykajac oczy rozwazal:
“Tatus mysli o wszystkim jak prawdziwy wodz przed walna bitwa. Nawet odwazny pan Smuga i bosman polegaja calkowicie na jego doswiadczeniu. Jakie to dziwne – tatus odlozyl bron, lecz czuwa, a my, uzbrojeni, spimy w najlepsze, bo wiemy, ze on jest z nami. Kochany tatus.”
Jasny dzien zbudzil Tomka. Jego towarzysze stali przy szerokim oknie. Tomek pomyslal, ze musieli ujrzec cos niezwykle ciekawego, natychmiast wiec zerwal sie z lawki, podbiegl do nich i zapytal:
– Co tam widac, tatusiu?
– Rozejrzyj sie po okolicy! – zachecil go ojciec.
Tomek wyjrzal przez okno wagonu. W oddali, na poludniu, pietrzyla sie wysoko ku niebu olbrzymia gora. Dwa z jej trzech szczytow, rozdzielone od siebie siodlem gorskim, rozleglym na kilka kilometrow, zdawaly sie wisiec w powietrzu, gdyz przeplywajace ponizej chmury tworzyly wokol nich klebiasty wieniec.
– To jest na pewno Kilimandzaro, najwyzsza gora Afryki
13
[
13
Kilimandzaro (w jezyku krajowcow: Kilima Ndzaro – gora ducha sprowadzajacego zimno). Gora posiada 3 szczyty: Kibo- 5895 m, Mawenzi – 5355 m i Szira – 4300 m.] – domyslil sie chlopiec.
– Zgadles – powiedzial ojciec. – Wysokosc jej wynosi blisko szesc tysiecy metrow.
– Imponujacy widok przedstawia gora pokryta sniegiem w samym sercu Czarnego Ladu, i to niemal na rowniku – przyznal Smuga.
– Nie nalezy sie tez dziwic, ze niektore plemiona murzynskie, mieszkajace na stokach Kilimandzaro, oddaja jej boska czesc – dodal Hunter. – Na przyklad Wadzaggowie wierza, ze niedostepne czlowiekowi za zycia kratery szczytow Kibo i Mawenzi, maja dopiero po jego smierci sluzyc mu za wieczne mieszkanie. W mysl legendy, na Kibo gromadza sie duchy mezczyzn, na Mawenzi kobiet. Na lodowcach maja nadto przebywac zle duchy warumu, ktore kazdego smialka, probujacego wydrzec im tajemnice, karza smiercia.
– Chcialbym sie z bliska przyjrzec Kilimandzaro! – powiedzial Tomek.
– A moze pachnie ci wspinaczka tak jak na Gore Kosciuszki, pamietasz? – zagadnal Smuga.
– Ho, ho! Zeby tylko tatus zgodzil sie na to! Mielibysmy sie czym pochwalic!
– Watpie, czybysmy sie zdolali wspiac na Kilimandzaro – wtracil Wilmowski, ktory jako geograf najwiecej mial wiadomosci o osobliwosciach swiata. – Jest niemal trzy razy wyzsza od Gory Kosciuszki. Zbocza jej nie sa zbyt przystepne. Od chwili gdy Rebmann podal wiadomosc o istnieniu na rowniku wielkiej gory pokrytej wiecznym sniegiem, wielu podroznikow i alpinistow kusilo sie o zdobycie jej szczytow. Jeden z nich, Johnston, przez pol roku przebywal na Kilimandzaro, lecz dotarl tylko do wysokosci czterech tysiecy dziewieciuset metrow. Z kilku nastepnych ekspedycji jedynie Anglik Charles New wspial sie do granicy wiecznego sniegu. Trzykrotnie na szczyt tej gory probowal wedrzec sie Niemiec, geograf i alpinista, Hans Meyer. Dopiero w roku tysiac osiemset osiemdziesiatym dziewiatym, podczas trzeciej wyprawy, udalo mu sie jako pierwszemu osiagnac Kibo, jeden ze szczytow Kilimandzaro, i zbadac wygasly krater oraz pokrywajace go lodowce. Od tej chwili uwierzono w to, co mowil swego czasu Rebmann. Niewielu szczesliwym podroznikom udalo sie pozniej wejsc na szczyt Kibo
14
[
14
Do 1935 r. na Kilimandzaro wspielo sie zaledwie 39 osob. Jednym z pierwszych byl Polak, dr Antoni Jakubski, pracownik Instytutu Zoologicznego Wszechnicy Lwowskiej, ktory w latach 1909-10 badal Tanganike. 13 marca 1910 r., pozostawiwszy nizej w obozie zmeczonych i wyleklych tragarzy, samotnie osiagnal szczyt Kibo. W okresie drugiej wojny swiatowej wyczynu tego dokonalo dwoch Polakow, czlonkow Polskiego Klubu Wysokogorskiego: w 1944 r. na szczyt Kibo wspial sie Jerzy Golcz, a w 1945 r. inz. Wiktor Ostrowski wraz z angielskim dziennikarzem A. W. Parsonem.]. Konieczne sa do tego sila, wprawa i odpowiedni ekwipunek, a tymczasem my nie jestesmy na to przygotowani.
– Sluchaj, brachu! Moge lazic po rejach okretowych jak kot, ale daj mi spokoj z gorami i lodowcami – odezwal sie do chlopca bosman Nowicki. – Na takim lodowcu pewno nawet rum zamarza w zoladku.
– Och, drogi panie bosmanie, przeciez my tylko tak sobie rozmawiamy – pocieszyl go Tomek.
Kilimandzaro znikala z pola widzenia, lecz okolica nie wydawala sie juz tak posepna jak poprzedniego dnia. Co pewien czas pojawialy sie wsrod stepu, nawet niedaleko od jadacego pociagu, jasnozolte antylopy. Bylo ich nieraz po kilkadziesiat sztuk. Jedne pasly sie spokojnie, inne patrzyly na pociag prezentujac swe wysokie rogi. Tu i owdzie wsrod stada zlocistych antylop bielily sie pregowate zebry, gdzie indziej znow czernialy gnu pasace sie razem z wielkimi afrykanskimi strusiami. Te ostatnie przypomnialy Tomkowi i bosmanowi ich niefortunne lowy na emu w Australii. Z humorem opowiedzieli Hunterowi swa niebezpieczna przygode.
Czas szybko mijal. Rozweselony Hunter opowiadal z kolei ciekawostki ze swych polowan i ani sie spostrzegli, jak pociag wjechal na Kapiti Plains. Byl to prawie pusty step porosly nikla, krzaczasta i kolczasta roslinnoscia, wsrod ktorej roilo sie od zwierzyny. Przebiegaly cale jej stada liczace po kilkaset sztuk. Czasem, nie opodal pasacych sie zwierzat, stal samiec antylopy gnu, ktory, jak zapewnial tropiciel, pilnowal bezpieczenstwa stada. Zwykle trzymal sie na uboczu, stawal na wyzszym cokolwiek miejscu i widac go bylo jeszcze nawet wtedy, gdy sploszone stado znikalo w ucieczce.