SybirPunk Vol.1 - Gołkowski Michał 11 стр.


Valenta... Po drodze z K-Merowa odsłuchałem wszystkie możliwe przekazy wiadomości i wersje wydarzeń potwierdzały się: faktycznie go wypuścili. Podobno wskoczył do sportowego auta, którym podjechała po niego jakaś cycata blondyna, i po prostu sobie odjechał.

Typ, który wrzuca w Strumień nagrania kompromitujące urzędującego gubernatora, po prostu sobie odjechał spod siedziby FSB.

Media oczywiście prześcigały się w domysłach: dla kogo to on nie pracuje, na kogo to nie ma haków, kogo jeszcze nagrał i ilu potrafiłby pociągnąć za sobą. Przypinano mu łatki agenta obcego wywiadu, wywrotowca, opozycjonisty, wiązano z dysydentami z zagranicy... Słowem, pełny medialny bełkot.

A ja nadal czułem, że cała ta afera z podsłuchami to wyłącznie zasłona dymna, puszczona po to, żeby nie oddawać mojemu oligarsze węglowemu trzydziestu baniek.

„Mojemu”, ha. Aż się uśmiechnąłem kwaśno: Daniłow nie to, że mnie kupował, ale najwyraźniej już kupił.

Odpaliłem projektor, wywołałem pliki. Pozaznaczałem sobie miejsca, na które należało zwrócić szczególną uwagę. Sprawdziłem pocztę... O, jest! Daniłow przesyłał jakieś archiwum plików, tyle tylko, że zahasłowane. „Słaby gada” – głosił komunikat.

„Silny robi” – wpisałem, ale wyświetliło się: „Zostały ci tylko dwie próby, ponowić?”. Czym prędzej poprawiłem ostatnie słowo na „działa”, kliknąłem zatwierdzenie. Poszło.

Matwieszuk był totalnie nieciekawym typem. Ot, pan prezes, wcześniej pan dyrektor, jeszcze wcześniej znów pan prezes i dyrektor. Jego dossier wyciągnięte z archiwum K-Mer było suche i jałowe jak szparka wyłączonego seks-androida.

A co z resztą danych? Dlaczego tutaj nie było nawet dziesiątej części tego, co we wcześniej przekazanych mi plikach na Valentę?

Może tamte Daniłow sobie przygotował z innych źródeł, jadąc na spotkanie. Albo wręcz zrobił sam. Nieważne. Tutaj nie znajdę potrzebnej mi informacji.

Zamknąłem projektor: wyglądało na to, że musiałem przejść się po dawnych znajomych.

– Wybacz, staruszku. – Lewą ręką podrapałem Kusto za uchem. – No ale rozumiesz sam, nie? Jest robota, to się robi. Jak się ochłodzi, to może pójdziemy gdzieś na spacer, a teraz siedź w domu. Może kupić ci kuwetę jakąś czy co?

Spojrzał na mnie z dezaprobatą, sapnął ciężko.

Wbiłem się w czyste ciuchy, bo po wizycie w mieście węglarzy tamte nie tylko śmierdziały dymem, ale też były zwyczajnie brudne tak bardzo, że aż smoliły ręce. Spodnie chyba się skurczyły w szafie, bo ciężko było je dopiąć... I tylko kurtka była ta sama. Skasowałem poprzednie oświadczenie, wstukałem i podpisałem nowe. Naprzód, na miasto.

Kiedy wyszedłem przed klatkę, na ławeczce siedział nieco przetasowany skład. Wania od razu ukłonił mi się w pas, machnął ręką.

– Samochód przypilnowany, szefie! Chyba jeździło się gdzieś, co? Bo na noc pan nie wrócił...

– EJ, KURWA, TO TEN TYP DO WAS STARTOWAŁ?! – wydarł się typek, którego wcześniej tu nie widziałem. – TO TY DO MOICH ZIOMKÓW STARTUJESZ, CO?!

– Ja? Ja spokojny człowiek jestem... – Uśmiechnąłem się nieszczerze, mimo że aż mnie prawa ręka zaświerzbiła. Soczewka w oku zamrugała blaskiem, wyczuwając wyrzut adrenaliny, ale zgasiłem ją wysiłkiem woli.

Typek zarzucił głową, przesunął po twarzy ręką, skrzywił się, noga zadrgała mu konwulsyjnie... Widać było, że osad dopalaczy powlókł mu neurony już tak grubą warstwą przewodzącą, że zaczynał tracić kontrolę nad ciałem. Na chwilę zdołał skoncentrować na mnie wzrok, ale oczy od razu uciekły mu w bok.

– TA? A WSTAĆ DO CIEBIE, GNOJU?! MAM DO CIEBIE, KURWA, WSTAĆ?!

– Nie no, jak już usiadłeś, to się nie kłopocz wstawaniem... Ale może ja do ciebie usiądę.

Wepchnąłem się pomiędzy niego i Wanię. Zgłupieli wszyscy, patrząc na mnie wielkimi oczami. Wyjąłem siedzącemu nieco dalej flaszkę z ręki, szarpnąłem łyk z gwinta.

– EJ, TO NASZA FLASZKA!

– To przecież wam jej nie zabieram, nie? Ale ławeczka wspólna, to i flaszka wspólna przecież.

– KURWA, NO JA NIE MOGĘ, NO CO ZA TYP, NO! – zaśmiał się wytatuowany chudzielec, nadal piłując ryja na pełny regulator. – SWÓJ CHŁOP NORMALNIE!

– Chłopcy, ja ten, no... – Nachyliłem się do Wani. – Miejcie oczy otwarte na dzielni, co? Jakby się ktoś kręcił nietutejszy.

Wania kiwnął ochoczo.

– Się wie, szefie! A co, coś teges?

– Ekipę handlarzy z Nowodzierżyńskiego ktoś wyjął. Całą. Na jeden raz.

Umilkli, nawet ten głośny na chwilę przestał się ruszać. Popatrzyli na mnie uważnie.

– A co oni mają do nas? – przytomnie zagadnął Wania.

Sięgnąłem za pazuchę, wyjąłem fiolkę pełną opalizującej syntadrenaliny, odessanej z wyniesionego rano do lodówki kanistra. Hormon i tak pewnie zaczął się już rozwarstwiać, więc jego wartość czarnorynkowa jako koncentratu spadała na łeb na szyję... Ale dla tych ćwoków to było dotknięcie nieba.

– Wiecie, co to jest – stwierdziłem.

Co najmniej dwaj wiedzieli, bo pokiwali głowami. Ten głośny zameczał coś nierozróżnialnego, wstał i zamachał rękami, jak raper rzucający nawijką, tyle że do wyłączonego mikrofonu.

– To... to pan jednak...?

– Ja nic nie, Wania. Ja was nawet nie znam i w ogóle przypadkiem tu jestem. To co, oczy i uszy otwarte?

– Się wie! – powtórzył, chciwie wyrywając mi fiolkę z ręki.

Nie miałem zamiaru tu z nimi siedzieć, więc też wstałem. Starczy bratania się z plebsem. Nie byli to może moi wymarzeni szpiedzy ani sojusznicy, ale muszę przyznać, że ostatnimi czasy wypadłem z obiegu na rejonie, preferując zacisze własnego spokojnego domu... I teraz trzeba było na szybko nadrabiać zaległości.

– OOO, KURWA, TO NASZ NOWY KOLEGA SIĘ DA PRZEJECHAĆ SWOJĄ FURĄ! WRUUUMMM!!!... – zaryczał krzykacz. – JAK JA WSIĄDĘ ZA KÓŁKO, TO, KURWA, PSY Z DROGI OD RAZU! I JAK ICH PO ASFALCIE ROZSMARUJĘ, TO TYLKO JAK DYWAN CZERWONY BĘDZIE!

Uniosłem rękę w geście pożegnania, nie chcąc już nawet się odzywać. No cóż, może i zaniżam standardy, ale trzeba delegować obowiązki, żeby samemu jakoś ogarnąć naprawdę ważny temat.

Wsiadłem do samochodu, odetchnąłem głęboko.

Wczoraj, zaledwie wczoraj na moich oczach odwalił kitę prezes jednej ze spółek węglowych. Tak po prostu wziął i zdechł! Owszem, wyglądał na słabowitego, niby przeszedł te dwa nowotwory, ale taki zbieg okoliczności... No jakoś nie chciało mi się w to wierzyć.

Piknął komunikator, spojrzałem na zegarek: numer nieznany. Proszę, proszę, coraz ciekawiej się robi, a ja przecież na lewo i prawo wizytówek nie rozdaję.

Kliknąłem przycisk wyświetlenia wiadomości, hologram rozwinął się wstęgą liter:

„Dzień dobry, AleXandr Vasilych! Pamiętajcie, żeby w taki upał nie nadużywać bez umiaru, bo pić trzeba umieć, a to nie każdy potrafi. Alkohol to zło, więc dbajcie o właściwą hydrację. Pozdrawiam, Daniłow”.

Zamrugałem, patrząc z niedowierzaniem na wiadomość. Abstrahuję już od tego, że nie dawałem mu swojego numeru, ale sam przekaz był cokolwiek enigmatyczny... Zegarek piknął znowu, wyświetlił kolejną wiadomość:

„Sekcja zwłok Matwieszuka zakończona godzinę temu. Przyczyna śmierci: odwodnienie”.

Kolejne piknięcie.

„Pozdrawiam, Dan”.

Jeszcze jedno.

„iłow”.

Aha, super – czyli mój oligarcha był w dodatku spamerem-dowcipnisiem, przypadkiem wysyłającym niedopisane wiadomości.

Odwodnienie. No tak, wiotka skóra, zapadnięte policzki... Ale jak to? Jakim cudem w tym tempie? Musiał na bank coś wziąć... Ale wtedy przecież by coś znaleźli w organizmie, a on po prostu oklapł jak przekłuty foliowy worek.

I jeszcze wcześniej to dziwne pobudzenie, pomyślałem. Nagle zrobiło mu się gorąco, zaczął pić, zrobił się drażliwy. Narkotyk jakiś, jak nic.

Teoria była dobra. Gdyby tylko praktyka zechciała się do niej jeszcze dopasować!

Warknąłem silnikiem, wycofałem w uliczkę i ruszyłem – miałem nie tylko jedno, ale dwa miejsca do odwiedzenia.

– Obywatelu Khudovec, teraz wy.

Zerwałem się z miejsca, poprawiłem kurtkę i zapukałem. Kamera zamrugała czerwoną diodą, podwójne drzwi z mlecznego szkła rozsunęły się niemalże bezszelestnie, rozrywając na pół lśniące dumnym złotem godło z dwugłowym orłem.

– Towarzyszu pułkowniku! – Strzeliłem obcasami. – Kapitan Khudovec melduje się!

Siedzący za biurkiem mężczyzna przesunął coś na ekranie holograficznego wyświetlacza, zmarszczył brwi. Spojrzał na mnie przelotnie, nie poznając.

– Nie wzywałem was, obywatelu kapitanie.

– Towarzysz pułkownik jest pewien?

– Nie przypominam sobie, żeby... Chudy!

– Kojot! – Rozciągnąłem się w szerokim uśmiechu. – Kopę lat!

Pułkownik Andriej Derlin, pseudo Kojot, wstał zza swojego potężnego biurka, zgasił gestem wyświetlacze. Podszedł do mnie, podał rękę niczym łopata, zamknął w uścisku... A niech go, nadal miał konkretną krzepę!

– No, co najmniej cztery, druhu. Co się nie pokazujesz? Jak tam, co dobrego? Siadaj, pogadamy!

– Ano, stara bieda, ale jakoś się przędzie...

Usiadłem w miękkim fotelu z perforowanej cyberskóry w kolorze delikatnego brązu. Derlin zawsze miał słabość do kolorystyki jesiennej, nawet jego gabinet urządzony był w odcieniach przybrudzonego złota, miedzi, piaskowca i drewna. Wyjął z szuflady paczkę papierosów, wyciągnął w moją stronę, ale ja zrobiłem przeczący ruch ręką.

– No nie mów, że rzuciłeś! – Spojrzał zdumiony.

– Próbuję nie palić już trzy miesiące, nie denerwuj mnie. O, patrz, jak mi bebech urósł przez to!

– E tam, Chudy! Ty to grama tłuszczu nie masz przecież, nadal sylwetka wojownika. Dziewczyny pewnie tylko się za tobą oglądają, co? Nadal łapiesz młode?

– Ano, wiesz, zdarza się...

Zacząłem i urwałem. Uśmiechnięty, niemalże kordialny Kojot siedział w swoim fotelu, odpalając właśnie papierosa. Owszem, lekko przyprószony siwizną, przybyło mu kilka zmarszczek tu i tam, ale nadal w formie. Co do tego nie miałem wątpliwości.

A przecież Kojot zawsze doskonale słuchał. Ciągnął cię za język, a ty nawet nie orientowałeś się, kiedy zaczynałeś wywnętrzać mu się z rzeczy, których nie powinieneś mówić.

No taki po prostu był, miał taki dar. Wszyscy go lubili, a on lubił wszystkich. Nie żywił urazy, szybko godził się po kłótniach. Nigdy nie trzaskał drzwiami. Całował kobiety w rękę, co w ogóle uchodziło w tych czasach nie to, że za szczyt lekko staroświeckiej kurtuazji, a raczej molestowanie seksualne.

O dziwo, molestowane przez Kojota kobiety nie protestowały. W każdym razie niezbyt długo.

Tak, Kojota lubili wszyscy.

Ale teraz Kojot był wicedyrektorem biura śledczego Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Teraz wszystko, co powiedziało się w jego obecności, nie tylko mogło, ale na pewno zostanie wykorzystane dla dobra Ojczyzny.

Od małego kładziono mi do głowy, że sukces Rosji zbudowano na ziemi uświęconej krwią bohaterów, a ja nie miałem zamiaru stawać się jednym z jej dawców.

– ...że się obejrzą – dokończyłem w miarę gładko.

– No weź, pochwal się czymś, stary byku! Na pewno masz coś na telefonie!

– Już nie te lata, Kojot. Ja teraz spokojny obywatel jestem, mieszkam sobie z psem. Chadzam na wieczorne spacery...

– Mów, z czym przychodzisz.

Tak, cały Kojot: ciuciu-ruciu, a potem nagle jeb między oczy. Ja jednak nie zamierzałem się tak łatwo poddać.

– Stęskniłem się za tobą, druhu. – Celowo użyłem jego ulubionego określenia. – Dawnośmy nie gadali. Może byśmy umówili się kiedyś na jakieś żarcie?

– Sparring raczej. Ja za tajski boks się ostatnio wziąłem, wiesz? No po pierwszej walce z roboinstruktorem to myślałem, że się na kawałki rozpadnę! Rano to mnie tak plecy bolały, człowieku, mówię ci! – Zaśmiał się. – A ty co, nadal swoje?

– Pompki, bieganie – skłamałem. – Czasami boks, czasem na strzelnicę wyskoczę.

– A gdzie chodzisz?

Kolejne podejście pode mnie robił, wszystko z uśmiechem.

– Jest taka niedaleko ode mnie – powiedziałem, wcale nie odpowiadając. Faktycznie była. Tylko ja w niej nie byłem.

– No, to się chwali. Fakt, można by pogadać, powspominać...

– Tylko trzeba uważać teraz, co się mówi – wrzuciłem swoją zanętę.

Zadziałało, bo Kojot zmrużył oczy, zacisnął usta. Odchylił się w fotelu.

– Ta sprawa Valenty. – Pokiwał głową. – Nie do wiary, powiem ci. Tak po prostu nagrywał, czujesz to? Wszystkich, jak leci!

– Nie mogłeś go... teges?

Zrobiłem wymowny gest. Kojot tylko pokręcił głową.

– Gdyby to ode mnie zależało? Od razu, druhu, z miejsca. Dajmy na to, że podczas zatrzymania stawiał opór, miał przy sobie broń, strzelił do funkcjonariusza. I nawet bym miał takiego, do którego strzelał, czujesz to? Albo i dwóch, albo pięciu. Za coś takiego... sam bym kulkę wziął, żeby zobaczyć, jak go w worek ładują.

– A tak musiałeś go puścić.

Wydmuchnął dym, zaciągnął się znów. Pudło. Oddanie pionka w rozgrywce.

– Nie ja na całe szczęście. Ale powiem ci, że kolega za ścianą... – Pokazał na skrzydło obok. – No, podobno jeszcze krwią sra ze złości.

– Ale to co, nie było na niego materiału?

Parsknął, nachylił się i oparł łokciami o biurko.

– Materiału to jest na niego kontener – syknął. – Rozumiesz? I właśnie w tym problem.

– Czekaj, nie rozumiem. Ale przecież on...

Wywołał ekran, przewinął pliki. Wstukał swój kod dostępu, otworzył oko do skanowania siatkówki. Taaak, tak, właśnie tak, pomyślałem sobie. Kojot był złoto człowiek, ale zawsze lubił się pochwalić. Przyszpanować, jaki to on ważny, ile wie, co ma fajnego.

– Ej, to jest ten nowy holoprojektor? – zapytałem, nie mając pojęcia o specyfikacji sprzętu. – Ten z przenośnym obrazem?

– Nie, coś ty. Ale się obraca ładnie, patrz.

Przekręcił hologram przodem do mnie, a ja tylko spiąłem się cały, przelatując z góry na dół listę nazwisk. Obok każdego z nich była specyfikacja: godziny, minuty, sekundy. Liczba plików.

– Czy to...?

– Aha. To znaleźliśmy u tego fiuta w systemie.

– Ale czy to...

– Owszem, Chudy. To jest spis treści tego, co on ma nagrane.

Przewinąłem w górę, w dół, obróciłem ekran, przechyliłem... Musiałem udawać, że bardziej zajmuje mnie zabawa bajerami niż treść. Kliknąłem wyszukiwarkę, wbiłem parę liter, między innymi S. „Sobkow” – mignęło mi nazwisko, a obok niego daty powstania plików.

– Cała fonoteka – powiedziałem z uznaniem, usilnie starając się zachować w pamięci stopklatkę z tego, co właśnie widziałem. Czyli Valenta miał na Sobkowa jakiegoś haka! – Słuchałeś tego?

– A siedziałbym tu, jakbym słuchał? Albo cmentarz, albo własna willa, druhu. Nie, coś ty! Tylko to mamy.

– Blefuje – rzuciłem. – Sam to zrobił, przygotował się na to, że go zgarniecie.

– I co, wystraszył kogoś blefem? Przecież z jakiegoś powodu go wypuścili.

Słusznie.

– No dobra, ale... Dlaczego w takim razie gubernator? To przecież samobójstwo.

– Zemsta – skrzywił się Kojot. – Valenta miał swoją firmę w K-Merowie.

– Serio? O popatrz... Co on tam robił, w tym syfie?

– Podobno gazyfikację węgla. Miał podpisywać z K-Mer jakieś kontrakty, snuł plany, szukał inwestorów. No ale musiał komuś nadepnąć na odcisk, bo mu tę firmę położyli.

O proszę. Część tego już wiedziałem, ale to ostatnie było ciekawe.

– Kojot, my to serio musimy się spotkać na spokojnie, przy flaszce. A tak, co? Od razu o robocie gadamy.

– No nie mów, że cię to nie ciekawi! – zaperzył się towarzysz pułkownik.

– Nie no, nie chcę ci tutaj... no. Chodź, wyskoczymy gdzieś na spokojnie? Opowiesz mi, jak tam rodzina... Ten twój młody to ile już ma, z szesnaście lat?

– Osiemnaście – westchnął Kojot.

Doskonale wiedziałem, że rodzina jest w jego hierarchii tematów ciekawych o kilka klas niżej.

– I co, pewnie akademia Ministerstwa Spraw Wewnętrznych? Idzie w ślady ojca? – Przekręciłem wbity w ranę nóż.

Kojot zwinął ekrany holografu, wywołał mapę miasta. Zbliżył, wycentrował na punkt. Pokazał na niego palcem.

Назад Дальше